Ujawniono tajemnice niewykrywalnego dla radarów samolotu III Rzeszy Horten Ho 229

Horten Ho 229

Horten Ho 229

Ten samolot nie miał usterzenia, mógł poruszać się z prędkością 1000 km na godzinę i był niewidzialny dla radarów. Hermann Göring, dowódca Luftwaffe, był nim zachwycony.

Amerykańscy żołnierze, którzy wiosną 1945 r. zajęli miasteczko Friedrichroda pod Gotha w Turyngii, byli zaskoczeni maszyną, którą odkryli w hali tamtejszej fabryki wagonów. Takich samolotów nie pokazywały amerykańskie kroniki filmowe, zdjęć nie było też w książeczkach, w których uczono rozpoznawania samolotów wroga. Odkryta maszyna była latającym skrzydłem. Nie miała statecznika oraz ogona. Kabina pilotów, dwa silniki odrzutowe, komora bombowa – wszystko kryło się w trapezowym płacie o długości ponad 16 m.

Był to trzeci prototyp samolotu oznaczonego jako Horten Ho 229. Skonstruowali go bracia Walter i Reimar Hortenowie.

Ich maszynę Amerykanie po wojnie przebadali pod każdym kątem. Ale niezwykły samolot ciągle zaskakuje. Z najnowszych eksperymentów, które opisuje film dokumentalny pt. „Pierwszy niewidoczny samolot” wyemitowany kilka dni temu przez niemiecką telewizję N24, wynika, że latające skrzydło górowało pod względem osiągów nad alianckimi myśliwcami. A także, że było niewidoczne dla ówczesnych radarów

Bracia Hortenowie to entuzjaści lotnictwa, którzy sztuki pilotażu i zasad konstruowania samolotów uczyli się sami. Latające skrzydła zaczęli projektować jeszcze przed wojną.

Nieoceniona pomoc Göringa

Samoloty składające się z płata pod względem aerodynamiki biją klasyczne samoloty na głowę. Stawiają mniejszy opór, mogą rozwijać większą prędkość, a dzięki temu, że nie mają ogona i usterzenia, są też lżejsze. Ale latające skrzydło jest o wiele trudniejsze w pilotażu. Hortenowie mimo to nie odpuszczali. Zaczynali od projektowania bezogonowych szybowców, później, z przerwą na służbę w liniowych eskadrach Luftwaffe, pracowali jako doradcy w przemyśle lotniczym. Ale z racji ich fascynacji latającymi skrzydłami i formalnym brakiem konstruktorskiego wykształcenia traktowano ich jak pariasów. Pomógł dopiero Göring, któremu w 1943 r. pokazali koncepcję odrzutowego samolotu myśliwsko-szturmowego, który oczywiście byłby latającym skrzydłem. Marszałek Rzeszy był zachwycony. Zażądał jednak, by maszyna braci Hortenów spełniała trzy warunki: przenosiła tonę bomb, miała zasięg tysiąca kilometrów i osiągała prędkość tysiąca kilometrów na godzinę. Maszyna spełniła wszystkie warunki. Oblatano ją w na przełomie 1944 i 1945 r. Ho 229 odbył nawet serię myśliwskich pojedynków z Messerschmittem Me 262, pierwszym odrzutowcem, który wszedł do czynnej służby. Był zdecydowanie lepszy.

W poszukiwaniu cudownej broni

Niemcy po klęsce stalingradzkiej na gwałt szukali cudownych broni, dzięki którym mogliby rozstrzygnąć wojnę na swoją korzyść. Na rakiety V-2, odrzutowce, nowe typy okrętów podwodnych, coraz potężniejsze czołgi wydawano miliony marek i zużywano mnóstwo surowców. Okazało się, jednak, że to była pułapka. Nowe konstrukcje nie spełniły nadziei Hitlera i jego paladynów. Stosowane w nich nowatorskie rozwiązania wyglądały dobrze na papierze, ale wymagały miesięcy testów i poprawek, by stały się niezawodne w akcji. Z militarnego punktu widzenia Niemcy osiągnęliby więcej, gdyby zostali przy typach czołgów i samolotów, które sprawdziły się na frontach. Tymczasem na produkcję cudownych broni zużywano gigantyczne ilości stali i innych surowców.

Niektóre nazistowskie wynalazki okazały się nieefektywne – rakiety V2 siały jedynie wśród aliantów strach, bo zniszczenia, jakie powodowały, nie były wielkie. Pociski zabiły 2,7 tys. mieszkańców Londynu. W obozie koncentracyjnym Dora Mittelbau zginęło tymczasem 20 tys. więźniów, którzy jako robotnicy przymusowi pracowali przy produkcji rakiet. Inne wynalazki tak jak Ho 229 pojawiły się zbyt późno, by cokolwiek zmienić.

Przejęty przez Amerykanów prototyp rozebrano i wysłano za ocean. W ten sam sposób Amerykanie, ale również Brytyjczycy i Sowieci postępowali z odkrytymi w Niemczech wynalazkami. Samolotem Hortenów interesował się Jack Northrop, amerykański konstruktor, który również eksperymentował z latającymi skrzydłami. Rozmawiał nawet z braćmi, ale nie potrafił znaleźć z nimi wspólnego języka. Czy ich prace pomogły w badaniach amerykańskiego konstruktora? Tego nie wiadomo.

Latające skrzydło przetrwało wojnę

W 1946 r. w powietrze wzniósł się opracowany przez Northropa prototyp ciężkiego bombowca YB-35 – szerokie na 50 m latające skrzydło napędzane śmigłami. Rok później rozpoczęto próby YB-49 o napędzie odrzutowym. Ale tak jak w przypadku niemieckich cudownych broni wielkie latające skrzydła przysparzały zbyt wiele trudności, by zastąpić klasyczne samoloty. Dopiero w 1989 r. oblatano bombowiec strategiczny B-2 będący ukoronowaniem myśli Hortenów i Northropa. B-2 z Ho 229 łączy nie tylko kształt, ale też niewykrywalność dla radarów.

Z przeprowadzonych w USA na zrekonstruowanym niemieckim samolocie testów, na które powołują się autorzy telewizji N24, wynika, że dzięki kształtowi był niewykrywalny dla brytyjskich radarów. Ho 229 dawał o wiele mniejsze tzw. odbicie radarowe niż myśliwski messerschmitt Bf-109. Latające skrzydła Hortenów mogły więc z zaskoczenia atakować cele w Wielkiej Brytanii. Bez problemu radziłyby też sobie z alianckimi bombowcami i ich eskortą.

Po wojnie Reimar Horten bez większego powodzenia budował latające skrzydła w Argentynie. Jego brat Walter pozostał w Niemczech, wstąpił do zachodnioniemieckiej Luftwaffe.

One Comment