Autor Wątek: Archeolog.pl - Polska archeologia potrzebuje zmian  (Przeczytany 1401 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Administrator

  • Gość
Archeolog.pl - Polska archeologia potrzebuje zmian
« dnia: 19.12.2011, 17:32:32 »
http://www.archeolog.pl/pl5/teksty342/polska_archeologia_potrzebuje_zmian

Cytuj

Z Dr. Bartoszem Jóźwiakiem prezesem Unii Polityki Realnej, archeologiem rozmawia Robert Wit Wyrostkiewicz z Archeolog.pl.
RWW: Niedawno napisał Pan, że archeolodzy, a zwłaszcza służby konserwatorskie naszpikowane są układami i układzikami. Jednym słowem według Pana nie chodzi o dziedzictwo archeologiczne, ale o kasę. Na jakiej podstawie feruje Pan tak mocne zarzuty?

BJ: Pana pytanie zawiera w zasadzie dwie odmienne części. Co do pierwszej, to rzeczywiście w swej wypowiedzi wskazałem na istnienie pewnych, nazwijmy to patologicznych, sytuacji, wynikających z aktualnego stanu prawnych regulacji, dotyczących służb konserwatorskich oraz samej archeologii jako elementu funkcjonującego w ścisłej kooperacji z tymi służbami, ale też jako specyficznego środowiska zawodowego. To miało zresztą na celu wywołanie efektu emocjonalnego, który zmusiłby, przynajmniej niektórych, do refleksji nad stanem tych środowisk. Z drugiej strony moja wypowiedź była podyktowana przysłowiowym przelaniem się miarki goryczy, czyli absurdów i naginania lub najzwyczajniejszego obchodzenia przepisów oraz norm. I takie rzeczywiście są fakty.

Ja swoją karierę wykopaliskową zaczynałem w 1996 r. Od 1997 r. prowadziłem samodzielne badania wykopaliskowe. Brałem udział we wszystkich rodzajach badań archeologicznych, stacjonarnych i ratowniczych ( w tym i zagranicznych). W zasadzie mogę powiedzieć, iż sumując wszystkie miesiące, na badaniach spędziłem 5 lat życia. Prowadzę zajęcia z metodyki badań terenowych ze studentami archeologii, a przez 7 lat byłem opiekunem praktyk studenckich na Uniwersytecie.

Znam archeologię od podszewki. Widziałem jej wzloty i upadki: świetne badania, ale i sytuacje żenujące oraz szokujące. Dlatego myślę, że mam prawo wypowiadać się o stanie samej archeologii i środowiska archeologów. Długo liczyłem na to, że samoistnie wejdzie ona na tory nowoczesności i wyjdzie z dusznego postsowieckiego kłębka wzajemnych układów. Ale jak widać nie. O moim wejściu w temat konieczności drastycznej reformy przesądziły sytuacje, z którymi trudno mi się było pogodzić, np. wyznaczanie dyplomowanemu archeologowi z doświadczeniem, wbrew prawu, konsultanta, który nie tylko nie miał uprawnień, ale nawet nie był archeologiem (to ta osoba miała decydować o systemie i metodyce badań!), narzucanie wykonawców komercyjnych analiz, naciąganie inwestorów na badanie obszarów bez osadnictwa archeologicznego (tu szczególnie stwierdzenie: „co się pan martwi, przecież nie pan za to płaci” – kierowane do archeologa), rzucanie inwestorom kłód pod nogi (utrudnianie realizacji inwestycji w imię interesów innej grupy lub środowiska, czy zawierania w pozwoleniach na badania różnych warunków, uzależniając je od tego, kto będzie je wykonywał), nie skreślanie z rejestru fikcyjnych stanowisk, nawet jeśli po zrobieniu na nich sondażowych badań prowadzący te badania wydał opinię, że nie istnieje tam stanowisko archeologiczne, zwykłe straszenie inwestorów (co prowadzi do fatalnego odbioru środowiska w społeczeństwie), opóźnianie procedur czy utrudnianie archeologom pracy (np. wymóg notarialnego potwierdzenia dyplomu ukończenia studiów, który stawia się archeologom z kilkunasto- lub nawet kilkudziesięcioletnią praktyką zawodową, będącymi wykładowcami akademickimi i legitymującymi się tytułami naukowymi – kompletna fantasmagoria z punktu widzenia prawa itp.). Gdzieś jest granica przyzwoitości lub wytrzymałości. I moim zdaniem w wielu miejscach jest ona notorycznie przekraczana. Dlatego musi nastąpić kompleksowa zmiana przepisów i filozofii funkcjonowania służby ochrony zabytków oraz wielu grup archeologów.

Jednak nie sprowadzałbym moich zarzutów „in gremio” do tzw. kasy. W zasadzie patologie wynikają bowiem z co najmniej 4 rzeczy: anachronizmu prawnego i funkcjonalnego polskiej ochrony zabytków (tkwiącej permanentnie w socjalistycznej genezie oraz takowym rozumieniu rzeczywistości), słabości polskich służb konserwatorskich (co wynika z kompletnie chybionego systemu zatrudnienia w tych instytucjach; często w jego konsekwencji, dla przykrycia własnych, wielokrotnie niezawinionych, ale wynikających po prostu z etapu rozwoju własnej kariery, stosuje się zasadę im więcej obszarów podda się ochronie i regulacji, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś na kontroli wykaże nam jakieś uchybienie), po trzecie chorobie obowiązkowych przetargów o dość specyficznych i dowolnie ustalanych warunkach dla ich udziałowców – przy jednoczesnym nacisku na cenę kosztem jakości (to dotyczy oczywiście podmiotów państwowych, ale jak nie patrzeć to one ustalają warunki przetargów dla większości zadań archeologicznych np. na inwestycjach liniowych typu autostrady, a więc procentowo, jeśli liczyć udział finansowy w zyskach sektora archeologicznego, mają największy wpływ na nie w ostatnich latach) oraz po czwarte hermetyczności środowiska archeologicznego i jego zupełnej odporności na rozumienie zmieniających się warunków, w których powoli będą musieli zacząć funkcjonować (czy im się to podoba czy nie). Świat nie stoi bowiem w miejscu i archaizm funkcjonowania środowisk naukowych lub też działających w orbicie kultury, oparty jedynie na liczeniu na państwo (nie tylko w aspekcie finansowym, ale i prawnym, gwarantującym pewne przymusy wobec podmiotów inwestorskich oraz wyłączność na realizację zadań) nie ma w przyszłości racji bytu.

I te dwa ostatnie aspekty rzeczywiście mogą, a niekiedy generują, dominację myślenia finansowego nad naukowym, czy może szerzej: myślenia w kategoriach pożytku publicznego. Pozwolę sobie teraz, nieznacznie rozwinąć 4 wskazane aspekty (na szersze omówienie nie mamy tu czasu i miejsca, a jestem też w trakcie pisania pierwszego, mam nadzieję nie ostatniego, - to zależy od zainteresowania tematem - artykułu omawiającego ten problem dość szeroko oraz jednocześnie wskazującego pewne kierunki działań, które pozwoliłyby rozwiązać ten węzeł gordyjski). Oczywiście w przypadku anachronizmu polskiego prawa o ochronie zabytków należy wspomnieć m.in.: jego wyjątkowo policyjno-represyjny charakter, którego efektem jest kompletny brak zrozumienia roli służby ochrony zabytków (kłania się definicja słowa służba, służyć) jako podmiotu chroniącego dziedzictwo zabytkowe Polski, ale stanowiącego jednocześnie życzliwego i pomagającego inwestorom partnera - podobnie jak dla osób tym dziedzictwem zainteresowanych (dziś ma ona charakter rygorystycznego stróża z pałką i kajdankami w postaci zawiłych przepisów, straszącego każdego ewentualnego petenta); rozdmuchana ilość przepisów, które dodatkowo przez swoje niedoprecyzowanie lub celową otwartość interpretacyjną (bardzo niebezpieczna furtka, jaką biurokratyczne państwo zostawia swoim urzędnikom), pozwalają na obejmowanie ochroną elementów zupełnie absurdalnych (często dla świętego spokoju), wpisywanie w rejestry zabytków obiektów kuriozalnych lub bezwartościowych, przymykanie oka na niszczenie rzeczywistych zabytków (np. ilu konserwatorów zajęło się skandaliczna dewastacja dworków lub zabytkowych obiektów będących we władaniu państwowych agencji?), wyznaczanie tzw. stref ochrony (np. strefa występowania jakichś stanowisk – co pozwala grać ich zasięgiem w zasadzie bez ograniczeń); funkcjonująca dziś pełna arbitralność decyzji urzędników, bez ewentualnego ponoszenia przez nich kosztów swoich błędów (lub z długotrwałą procedurą takowego procesu z marnymi szansami na sukces finalny); ustawienie przepisów pod zasadę uznawania każdego petenta czy osoby z poza środowiska jako potencjalnego osobnika, czyhającego na zniszczenie jakiegoś zabytku, co w efekcie rodzi wiarę w skuteczność przepisów o charakterze represyjnym; łatanie złego z gruntu systemu (opartego na zupełnie anachronicznych fundamentach) kolejnymi przepisami.

Słabość polskich służb konserwatorskich obrazuje najlepiej stan kadry i stawiane zatrudnianym w nich osobom wymagania (przy czym nie odnosi się to oczywiście do wszystkich zatrudnionych tam osób). Proszę o wybaczenie wszystkich młodych ludzi tych służb, ale przyjmuje się do nich zupełnie zielonych absolwentów studiów archeologicznych (nie wspomnę, że jak większość dzisiejszych studiów, kształconych z woli naszych ministrów coraz słabiej, gdyż muszą wyrabiać ilość kosztem, jakości), którzy często nie posiadają nawet prawa do praktycznego wykonywania zawodu (to te ustawowe min. 12 miesięcy praktyki odbytej po okresie studiów), a co dopiero bogatego wielomiesięcznego doświadczenia praktycznego, pozwalającego świadomie podejmować pewne decyzje i interpretować różne sytuacje w ramach, jak wspominałem, dość luźnej formuły niektórych przepisów. Nie mówię tu już w ogóle o czymś takim jak podejmowanie działań o charakterze „wizyjnym”, mających na celu zmiany oblicza polskiego konserwatorstwa, otwarcia się na społeczeństwo, włączenia go w czynny udział ochronie dóbr kultury itp. Nie wymagajmy od młodziutkich absolwentów przenoszenia gór. Są oni jeszcze często dodatkowo poddani pewnej presji. Proszę sobie wyobrazić wizytę kontrolną takiego inspektora na stanowisku, na którym badania prowadzi jego niedawny wykładowca? I co on ma zrobić gdyby, zakładam teoretycznie, znalazł tam zaniechania? A zaznaczam, że takich ludzi, na śmieciowych warunkach finansowych zatrudniają także inne podmioty państwowe, działające na styku z archeologią

Choroba przetargowa.Tu postaram się tylko jedno zdanie. Warunki przetargów ustala się w wielu przypadkach bardzo swobodnie, a to rodzi możliwość forowania pewnych podmiotów wykonawczych (przypominam, że to są przetargi ofertowe, a nie otwarte licytacje). Jednocześnie kryterium podstawowe oparte na cenie jest absurdalne, gdyż doprowadza do zaniżania kosztów, co musi odbyć się kosztem jakości. I w konsekwencji, ciekawe jak ma zdobyć doświadczenie niezbędne do wzięcia udziału w przetargu nowa firma archeologiczna, skoro w przetargach od razu jest eliminowana ze względu np. na brak doświadczenia w badaniu stanowisk o pow. 10 ha. w ostatnich 3 latach, w województwie X? Czy to jest równość wobec prawa?

Na koniec hermetyczność i anachroniczność środowiska. Państwo chyba sami wiecie, jak to wygląda w rzeczywistości. Mimo, iż pierwsze lody pękają, to archeologia polska nadal jest odgrodzona od społeczeństwa płotem dumy i wyższości. Nie odbieram splendoru jej doświadczonym i wybitnym postaciom. Nie ujmuję konieczności zdobywania wiedzy, gdyż rzeczywiście jej poziom rzutuje na efektywność poznawczą badań praktycznych. Ale nie może być tak, że to wszystko jest wartością samą w sobie i innym wara od nas. Jak tylko padnie, a stanie się to na 100%, system prawnego inkubatora dla archeologii i wyschnie źródło publicznych pieniędzy (obie te sprawy będą efektem krachu finansowego i bankructwa państwa socjalnego), przy takim myśleniu, archeologia może zejść śmiertelnie. Dziś powinniśmy szukać nowych rozwiązań, uspołecznienia archeologii i jej efektów, włączenia społeczeństwa w dyskurs archeologiczny itp. Tylko to pozwoli zbudować w społeczeństwie przekonanie, że jest to nauka, która dotyka go bezpośrednio, pozwala mu się stać jej udziałowcem. Czyli wykształcimy społeczeństwo świadome, a w efekcie mogące wspierać archeologów pieniędzmi, własną pracą itp. Ale też takie społeczeństwo samo z siebie będzie chronić dziedzictwo, bez potrzeby kompletnie nieefektywnych i biurokratycznych przepisów restrykcyjnych. Oczywiście zawsze powinno pozostać jakieś proste prawo, karzące rzeczywistych wandali, ale, na Boga, nie róbmy z wszystkich potencjalnych przestępców. Archeologia musi to zrobić, a nie trwać w swym zamkniętym gronie, w którym, niczym w oblężonej twierdzy, tworzą się grupki wzajemnej adoracji, które niekiedy wraz z służbami konserwatorskim albo i częścią samorządów, okupują jakiś teren jako własne podwórko działań i dochodów, dyktując inwestorom, niekiedy w formie cichego przymusu, swoje warunki. To już niekiedy nie ma nic wspólnego z ochroną zabytków.

Jeśli zlecenia dostają sami swoi to zapytam wprost: jak to zmienić?

Nie zawsze jest tak, że dostają je sami swoi. Niekiedy, np. gdy inwestor jest twardy, lub inwestycja taka sobie, dostają to osoby nie z grupy. Ale albo później mają kłopoty (komisje, nękania, trudności), albo dają sobie narzucać wolę „panów terenu” i automatycznie stają się częścią tej nieformalnej grupy. Przy czym nie w każdym województwie tak jest. Są rejony, gdzie ten dostęp jest swobodny. Rozwiązań na tego typu problemy jest wiele. Najlepsze byłoby oczywiście uwolnienie rynku i deregulacja. Ale to jednak wymaga solidnego przygotowania społeczeństwa (świadomość czuła na dziedzictwo kulturowe) oraz pewnego minimum warunków formalno-prawnych do spełnienia. To musi byś załatwione kompletnie nowymi, prostymi i jasnymi przepisami (nad tym staramy się w szerszym gronie pracować oraz zainteresować problemem parlamentarzystów). Jednak tak na szybko, na dziś, mogę podać kilka istotnych elementów mogących poprawić sytuację: bardzo rygorystyczne przestrzeganie tego, aby konserwatorzy i pracownicy urzędów konserwatorskich nie wykonywali sami zleceń archeologicznych, całkowite ograniczenie możliwości wykonywania takich zleceń przez osoby powiązane rodzinnie lub biznesowo z konserwatorem (czyli oni mogą to robić, ale na terenie, na którym nie sięga jego jurysdykcja), każdorazowe mianowanie konserwatorem w danym ośrodku osoby z zupełnie innego ośrodka (coś takiego kiedyś próbowano zrobić z celnikami), podwyższenie wymagań dla konserwatorów, ale i ich wynagrodzeń (moim zdaniem minimum tytuł doktora, choć lepiej samodzielnego pracownika nauki, z bardzo dużym doświadczeniem terenowym oraz nieskazitelną opinią; wynagrodzenie musi byś czymś, czego utrata w efekcie wykazania nadużyć będzie poważną stratą), rotacja na tych stanowiskach (cykliczność, która nie pozwala tworzyć silnych, długotrwałych powiązań), likwidacja funkcjonujących u konserwatorów list firm, z których inwestor wybiera wykonawcę (od tego jest wiele innych miejsc), ujednolicenie warunków przetargów (muszą traktować wszystkie podmioty jednakowo), przetargi w formie otwartej licytacji, uproszczenie ich zasad (cena, jakość: tu wszelkie wymagania dokumentacyjne, metodyczne i opracowaniowe; to ukróci panującą dziś dowolność), odbiurokratyzowanie urzędów i uproszczenie procedur, likwidacja części urzędów, co będzie możliwe po wspomnianych uproszczeniach, koniec z kontrolami po każdym etapie badań, zapowiedzianymi wizytami (jeśli kontrola to wyrywkowa, ale niezapowiedziana; każda inna niczego nie uczy) itp. To tak na szybko. Są to oczywiście rady na pewien etap przejściowy. Na czas wykształcenia odpowiednich norm, etycznych i odruchów w społeczeństwie, środowisku archeologicznym i konserwatorskim. Docelowo, jak wspomniałem trzeba dążyć do deregulacji i maksymalnego, możliwego uwolnienia rynkowego usług.

Tu trzeba zaznaczyć, że nie stanie się to, jeśli środowisko samo nie zechce się oczyścić, odświeżyć, uwolnić od zaduchu zamkniętego kręgu. Kiedy przestanie ono kryć zwykłych archeologicznych wandali niszczących stanowiska oraz zabytki (potrzebny jest dożywotni, środowiskowy ostracyzm i definitywne wykluczenie, a nie bronić ich, nawet wbrew faktom, a niekiedy i decyzjom wierzących w ideały młodych konserwatorów. Środowisko musi samo zrozumieć nowe wyzwania, otworzyć się jak pisałem na obywateli i zacząć myśleć nowocześnie oraz marketingowo. Tylko eliminacja patologii, pozwoli na zatrzymanie procesu degradacji. Bo jak ktoś, kto sam ma wiele nieuczciwych działań za sobą lub jest zwykłym partaczem ma wpoić etykę i moralność młodym adeptom? A przywary i schodzenie na złą drogę nie omija ludzi z tytułami (chodzi mi tu konkretnie o pewne patologie jakościowe w wykonywaniu badań oraz zamykanie się w kręgach wzajemnej adoracji i układów towarzyskich). To nie jest choroba, na którą tytuły zaszczepiają.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dla środowiska archeologicznego jest to ostatni moment na samooczyszczenie i udowodnienie, że samodzielnie poradzi sobie z sytuacją patową. Dotychczas tak nie potrafiło zrobić. Zmiany, jakie szumnie próbowano wprowadzić przed kilkoma laty, kompletnie nie maiły na celu zmiany sytuacji, gdyż były w zasadzie próba ucieczki do przodu, ucieczki przed odpowiedzialnością osób winnych największych patologii. Zwalając winę na innych wybielono sobie nazwiska (niestety skutecznie). A ich efekt tego cwaniactwa jest taki, że przyniosły więcej strat niż zysków. Ale dziś, jeśli środowisko nic nie zrobi, będzie to oznaczało, że może mu pomóc jedynie interwencja z zewnątrz, bez pytania o opinię. Bo zmianę i tak wymusi nadchodząca rzeczywistość.

Obawiam się jednak, że jedynym efektem będzie wykluczenie z grupy kolejnego „szaleńca”, który chce nam coś przemeblować (przynajmniej wnoszę to z mailowych epitetów i niektórych wpisów na mojej stronie; to zaś mnie utwierdza w tym, że dotknąłem czułego punktu).

Jak ocenia Pan poziom wyszkolenia obecnych magistrów archeologii, ich znajomość historii kraju, który badają oraz ich znajomość podstawowego sprzętu badawczego?

Trudno określić to jednoznacznie. Fatalny system edukacji, jaki powoli funduje się naszej młodzieży od drugiej połowy lat 90-tych XX w., i który wyjątkowo pogłębił się w ostatnich 4 latach za sprawą najgorszego ministra edukacji narodowej (w zasadzie antyedukacji) Katarzyny Hall, produkuje (bo nie uczy; to jest zwykła produkcja osobników, które mają nie myśleć, nie zastanawiać się tylko ślepo pracować na system biurokratyczny) nam (czyli pracownikom wyższych uczelni) bardzo marny materiał na studentów. Dochodzi do tego jeszcze umasowienie studiowania (które ma się nijak do zdolności pozwalających na studiowanie niektórych ludzi) oraz kompletnie głupie reformy, które ciągle, jak mantrę, podtrzymują edukację publiczną (kłamliwie nazywaną bezpłatną; co w efekcie prowadzi do marnych zarobków dla kadry, ograniczeniu rozwoju i konkurencyjności uczelni oraz ograniczenia do programowego minimum programów nauczania). Że nie wspomnę jeszcze o idiotyzmie wprowadzenia licencjatów (np. w przypadku archeologii, skoro do praktycznego wykonywania zawodu potrzebny jest tytuł magistra i dodatkowe, zrobione po nim 12 miesięcy praktyki terenowej, jest to idiotyzm do kwadratu).

Dlatego nie spodziewajmy się wzrostu jakości absolwentów. I to nie jest przypadłość tylko archeologii, ale wszystkich kierunków. Z drugiej strony, to też nie jest jedynie winą maturzystów, czy później studentów. To urzędnicy i rządzący technokraci ukradli im możliwość rozwoju oraz szybkiej, efektywnej kariery.
   
Mankamenty szkoły średniej można jeszcze nadrobić, ale to wymaga już pracy indywidualnej, woli oraz samozaparcia danego człowieka. Historii nikt na archeologii już się nie nauczy. Albo nadrobi to sam, albo pozostanie „intelektualnym kaleką”. A jak tu wychować świadomego i czułego na dziedzictwo kulturowe obywatela, który nie zna historii, to wie chyba tylko jeden minister z drugim.
   
Wracając jednak do samej archeologii, powiem tak: na 100% obniża się z roku na rok poziom ogólnego wykształcenia maturzystów, więc i efekt finalny po studiach często nie jest taki, jakiego byśmy sobie życzyli. Więc i przyszłość archeologii jest dla mniej dość niepokojąca (zaznaczam, że jednostki mniej wykształcone, łatwiej chłoną później złe i patologiczne zachowania i doświadczenia). Tylko, że na to nie poradzą sami wykładowcy. Dziś zmusza się ich do produkcji magistrów, a nie naukowców oddanych swojej profesji. Ilość i statystka daje możliwość wyszarpnięcia pieniędzy podatników z budżetu, a to w efekcie daje możliwość funkcjonowania jednostek naukowo-dydaktycznych w tym orwellowskim świecie biurokracji. I tu koło się zamyka. Znów kłania się urynkowienie i moim zdanie zakończenie fikcji bezpłatności studiów. Płacąc bezpośrednio mamy wpływ na efekty i wybór. Sami chcemy wtedy więcej otrzymać. W tym wypadku wiedzy,
   
Nie chcę jednak krzywdzić absolwentów archeologii (czy ogólnie wszystkich studiów, albowiem wszędzie sytuacja jest podobna). Kończą przecież studia także jednostki zdolne i bardzo dobrze przygotowane do wykonywania zawodu. W różnej ilości, zależnie od rocznika. Przynajmniej w formie wiedzy teoretycznej oraz praktyki. Często studiujące w międzyczasie w ośrodkach zachodnioeuropejskich. A więc znające gruntownie archeologie i jej funkcjonowanie w innych krajach. To budzi pewną iskierkę nadziei, gdyż w dogonienie przez polskie uczelnie Europy Zachodniej nie wierzę. Nie pod takimi rządami. Inna rzeczą jest, jakie podejście etyczne będą oni prezentowali w zetknięciu się ze światem „pieniądza i komercji”. Aspekt etyczny zależny jest od środowiska, w jakim się dana osoba znajdzie oraz jej osobistych walorów. I tuj jest problem otwarty. Dlatego tak ważna jest budowa etycznego środowiska.

Ciekawy jestem Pana opinii na temat magazynowania i opracowania wykopanych obiektów i dostępu badaczy do zabytków pozyskanych przy pracach na wykopaliskach?

W przypadku jakości magazynowania i przechowywania materiałów wiele się zmieniło w ostatnich 15 latach in plus. Ale tylko dzięki pieniądzom wyłuskanym od prywatnych inwestorów, działających na inwestycjach liniowych (np. gazociąg Jamał – Europa zachodnia, i powstałe po nim magazyny). Ale oczywiście nie wszędzie. Przepisy zmuszają, np. jednostki muzealne do magazynowania materiałów, ale nie bardzo dają możliwość finansowania takiej procedury (nowoczesne magazyny, katalogi, pracownie itp.). Mimo zmian, przeciętny polski magazyn archeologiczny przypomina czasy realnego socjalizmu i odpycha swym wyglądem. Jest wręcz odrażający, a nie zachęcający do pracy. W tym aspekcie przypominany raczej kraj trzeciego świata, albo dobrze znaną mi pod tym względem Ukrainę.
   
Z tego powodu wiele zabytków niszczeje, gubi się, czy zgodnie z dziwną wolą muzealników nie tylko nie trafia na wystawy (oczywiście duża część materiału archeologicznego nie jest na tyle efektowna, aby ją tam pokazywano), ale jest trudno dostępna lub niedostępna w ogóle osobom chcącym je zobaczyć w wyniku swoich bardziej szczegółowych zainteresowań.
   
Z opracowaniami jest znacznie lepiej niż w latach 80-tych XX w., gdyż wymuszają je umowy z badań ratowniczych oraz przepisy konserwatorskie. Ich jakość jest taka, na jaką stać polską archeologię, gdzie intelekt i wiedza naukowców zdecydowanie przekraczają możliwości finansowe zatrudniających ich instytucji. Są więc dobre i bardzo dobre (generalnie, gdyż ciągle pojawiają się też buble naukowe), ale niestety nie mają szans na szerszą recepcję w środowiskach naukowych na zachodzie Europy czy w USA, gdyż z racji braku środków pieniężnych cięgle nie wykonuje się wielu nowoczesnych analiz (analizy lipidowe, genetyczne itp.) lub dokonuje się ich ograniczonej ilości (w Polsce ciągle jeszcze walczy się każdorazowo o środki na analizy C14 wykonywane metodą akceleratorową i często robi się ich tylko niewielką ilość, gdyż na więcej badacza nie stać; w XXI w., u nas jest to ciągle problem!).
   
Szeroki dostęp do materiałów, to temat jak studnia bez dna. Proszę sobie wyobrazić, że są w tym kraju miejsca, gdzie nawet archeolog ma utrudniony lub uniemożliwiony dostęp do materiałów pochodzących z AZP (wbrew prawu naturalnie, ale kogo by to obchodziło?). Nadal istnieją tak zwane rejony, których ktoś mianował się udzielnym księciem i tylko sobie przypisuje możliwość pracowania nad pochodzącymi z nich źródłami, ciągle są kolekcje zabytków ze stanowisk badanych w latach 70-tych XX w., do których nie ma swobodnego dostępu, gdyż są zawłaszczane przez tego, który je pozyskał i od 40 lat nie umie ich opracować. Naprawdę są jeszcze tzw. „podłóżkowe” kolekcje zabytków, które jedynie po śmierci ich zaborcy mogą ujrzeć światło dzienne lub zniknąć, jeśli np. spadkobiercy je najzwyczajniej wyrzucą. To rzeczywiście jest koszmarna część wizerunku polskiej archeologii. I muszę przyznać, że duża część środowiska akceptuje taką sytuację, wykazując dla niej zrozumienie („przecież to on wykopał, jest do nich taki przywiązany”). Ja tego nie rozumiem i nie zamierzam rozumieć. To nie jest niczyja prywatna własność. A w świetle prawa jest to własność państwa polskiego, a więc nas wszystkich. Jak ma być inaczej to trzeba zmienić przepisy.
   
Na koniec nadmienię jeszcze, iż wiele dobrego dzieje się też w aspekcie wystawienniczym. Ale są jeszcze takie koszmarki jak wystawa stała w gdańskim Muzeum Archeologicznym (skąd inąd organizującym świetne wystawy czasowe i multimedialne) – wystarczy tam zobaczyć dział epoki kamienia, aby nigdy więcej nie odwiedzać żadnego muzeum archeologicznego. Czyli są jaskółki zmian, ale jeszcze bardzo daleko do normalności.

Brytyjski minister kultury nazwał poszukiwaczy „bohaterami dziedzictwa narodowego”. W Polsce wielu konserwatorów zabytków, archeologów i urzędników nazywa poszukiwaczy rabusiami i złodziejami. Czy według Pana konieczna jest zmiana podejścia do pasjonatów czy też konieczne są zmiany prawne?

Zgodnie z tym, co pisałem wyżej, nie da się już długo bronić archeologii jako zamkniętej świątyni wiedzy. Swoistej wieży z kości słoniowej, w której tylko wtajemniczeni kapłani wiedzy toczą ze sobą hermetyczne dysputy. Ewentualnie od czasu do czasu ogłaszając z balkonu wszem i wobec aktualne prawdy. A lud ma jedynie prawo (ba, obowiązek) składać datki na „świętych mężów”. Takie myślenie jest efektem zatrzymania się mentalnego w czasach socjalistycznych. Być może, w okresie przejściowym, kiedy Polska przechodziła od socjalizmu realnego do socjalizmu europejskiego, rzeczywiście warto było utrzymać pewien rygorystyczny kurs prawny, który być może uchronił nas przed zupełnie chaotycznym poszukiwaniem skarbów i dewastacją dziedzictwa archeologicznego (tak jak np. w Bułgarii czy Rumunii). Ale dziś żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości. Dziś trwanie w stagnacji jest fatalne w skutkach. Musimy teraz zacząć czerpać wzorce z państw anglosaskich, ale nade wszytko nie zapominać o wychowaniu społeczeństwa. Uświadomione, samo wyeliminuje jednostki patologiczne. Szeroka penalizacja i tak nie jest skuteczna i daje efekt odwrotny. Moim zdanie środowisko archeologiczne musi wypracować formułę współpracy z grupami entuzjastów, pasjonatów. Na to wszystko musi być przygotowane formalnie i mentalni także środowisko konserwatorskie. Dziś archeologia musi zrozumieć społeczną chęć uczestnictwa zaangażowanego, a osoby, które chcą z archeologią współpracować w ramach swoich zainteresowań, muszą też pewne normy oraz zasady sobie przyswoić. Rozmawiamy oczywiście o prawdziwych pasjonatach, a nie patologiach. Te oba środowiska muszą wyeliminować i napiętnować.

Oczywiście potrzebna jest zmiana prawa, gdyż to, które mamy, jest kompletnie martwe. Ale musi być wola wypracowania współpracy i jej zasad, tak, aby nie cierpiała na tym substancja zabytkowa, a ludzie mogli się samorealizować. To takiej najzwyczajniejsze skanalizowanie zapału ludzi w celu osiągnięcia wartościowych efektów. Nie osiągnie się tego odwracając się do społeczeństwa tyłem i ignorując, jako parweniusza niegodnego rozmowy. Nic to archeologii nie da, a jednocześnie spowoduje niepotrzebne dalsze napięcia. Wiem, że rzeczy najprostsze opierające się na czynnikach czysto ludzkich są najtrudniejsze do zmiany. Ale myślę, że kra już powoli pęka, a będzie pękała coraz szybciej. Trzeba wypracować fajną i ciekawą formułę dla dobra samej historii.

Czym zajmuje się Pan zawodowo?

Jestem archeologiem. Studia archeologiczne ukończyłem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, tam obroniłem pracę magisterską, oraz doktorat. Od 2003 r. jestem adiunktem na Uniwersytecie Gdańskim. Prowadziłem szereg wykopalisk na terenie Polski (stacjonarnych oraz tzw. ratowniczych związanych z inwestycjami liniowymi np. gazociąg jamajski, autostrady i drogi – A1, A2, A4, S1, obwodnica Wrocławia, czy też punktowe np. odkrywka „Szczerców” KWB Bełchatów itp.) oraz na Ukrainie (Podole, stanowiska neolityczne w Peczerze, Bernaszowce, Cekinowe). Łącznie moje doświadczenie terenowe, jako bezpośredni badającego archeologa przekracza 60 miesięcy.

Prowadzę prywatna firmą archeologiczną, która prowadziła badania na dużych inwestycjach oraz badania i nadzory dla mniejszych inwestycji oraz klientów indywidualnych.  Jestem też politykiem, od kilku lat jestem członkiem władz Unii Polityki Realnej, a od lutego 2011 r. jestem jej Prezesem. Startowałem w kilku kampaniach wyborczych.

Aktualnie skupiam się również nad budową programów reformujących szkolnictwo wyższe i naukę oraz w szczególności kulturę (w tym także w aspekcie konserwatorstwa).
   
Siłą rzeczy zajmuję się też publicystką, w której staram się propagować model rozwiązań konserwatywno-liberalnych, czy może lepiej wolnościowych dla większości dziedzin funkcjonowania państwa w tym także szeroko pojętej kultury, która dziś jest wyjątkowo hermetycznie zamknięta na nowe formuły działania w oparciu o mechanizmy wolnorynkowe, co nie pozwoli jej na łagodne i bezbolesne sprostanie wyzwaniom świata przyszłości.