Autor Wątek: Z dzisiejszej Gazety Wyborczej  (Przeczytany 3561 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline VIRUS

  • Użytkownik
  • **
  • Wiadomości: 94
Z dzisiejszej Gazety Wyborczej
« dnia: 17.07.2011, 09:29:48 »
http://wyborcza.pl/1,87648,9938835,Pan_Samochodzik_na_nielegalu.html

Tysiące poszukiwaczy skarbów wyciąga z ziemi tony starych pocisków, broni, monet. Archeolodzy ostrzegają: nielegalnie!

Artur Troncik, poszukiwacz skarbów z Siemianowic Śląskich, przyniósł niedawno do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu kolekcję eksponatów, które sam wykopał lub kupił na targu staroci: topory, buławy, fragmenty uzbrojenia, klamry. Dołączył opisy i mapki, co i gdzie zostało znalezione. Wszystko oddał za darmo. Dyrektor muzeum Dominik Abłamowicz kolekcję przyjął, ale chwilę później wysłał donos na policję. Przeciwko Troncikowi prowadzono postępowanie w sprawie nielegalnego wydobycia przedmiotów ze stanowisk archeologicznych.

Dyr. Abłamowicz, archeolog, jest przekonany, że dobrze zrobił: - "Poszukiwacze skarbów" szkodzą archeologii! - grzmi. - W środowisku archeologów coraz częściej mówimy o amatorach, którzy, owszem, może znajdą pojedynczą rzecz, ale przy okazji zepsują cały obszar poszukiwań! Nie wiedzą, jak się pracuje na stanowisku archeologicznym.

Troncik przed sądem nie stanął. Policja umorzyła sprawę, bo nie dopatrzyła się przestępstwa, ale Barbara Klajmon, wojewódzka konserwator zabytków w Katowicach, staje za Abłamowiczem murem. - Te przedmioty zostały z całą pewnością wykopane, a jeśli ktoś coś cennego wykopie, ma obowiązek poinformować o tym najbliższy urząd gminy. Taka jest procedura.

Wykryto fenig i puszkę z mięsem

Jacek Wielgus z Gliwic, inżynier mechanik i właściciel firmy budowlanej, zawsze interesował się militariami. W latach 80. jeździł w Bieszczady, w Beskid Niski i penetrował wojenne okopy. - Zaczęło się od książek Nienackiego o Panu Samochodziku - mówi. Jeździ terenówką. Zanim zacznie kopać, analizuje mapy, ale najczęściej teren wybiera na oko. Ostatnio na obrzeżach Siewierza wysypano ziemię z budowy autostrady. Wielgus już tam jest z wykrywaczem metalu. Za chwilę dojeżdżają Teresa Lipiec i Janusz Modzelewski - małżeństwo z Bytomia, które na co dzień zajmuje się internetową sprzedażą książek.

Wykrywacz działa tylko na 20-30 centymetrów w głąb ziemi. Przy silniejszym buczeniu wykrywacza Wielgus wbija łopatkę, przesiewa ziemię. Niemiecki fenig. Kolejne buczenie - i trzyma w dłoni monetę z XVII w. Modzelewski ma mniej szczęścia. Wykopuje puszkę z mięsem, potem puszkę po piwie.

- Czy przesiewając ziemię z budowy autostrady, niszczymy stanowisko archeologiczne? - pyta Wielgus. Oczytany. Sypie datami, historycznymi ciekawostkami i paragrafami z kodeksu.

Razem w Nowej Cerekwi

Prawo mówi tak: wszystko, co leży pod ziemią, należy do skarbu państwa i trzeba to niezwłocznie oddać. Z ustawy o ochronie zabytków z 2003 r.: "zabytek archeologiczny to zabytek nieruchomy będący powierzchniową, podziemną lub podwodną pozostałością egzystencji i działalności człowieka, złożoną z nawarstwień kulturowych i znajdujących się w nich wytworów bądź ich śladów, albo zabytek ruchomy będący tym wytworem".

- Tylko że definicja nie zawiera żadnej cezury czasowej. Za warstwy kulturowe należy więc też uznać rury ciepłownicze, kable telekomunikacyjne. Nielegalna w myśl tego prawa jest także orka na polu - mówi Marcin Rudnicki, archeolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem, gdyby rygorystycznie przestrzegać ustawy, budowniczowie Stadionu Narodowego musieliby trafić za kratki, bo Stadion X-lecia został zniszczony, i to bez reakcji służb konserwatorskich.

- Zamiast "poszukiwaczy skarbów" zwalczać, lepiej z nimi współpracować - uważa Rudnicki, który razem z amatorami wykopalisk prowadził badania w Nowej Cerekwi na Opolszczyźnie.

A było tak: Rudnicki dowiedział się o złotych monetach celtyckich, które pojawiły się na czarnym rynku. Podobno znajdowano je w okolicach Nowej Cerekwi. Zwołał grupę naukowców i amatorów z wykrywaczami metali, pojechali na miejsce. Rudnicki wiedział, że to miejsce w latach 70. było już badane przez archeologów, ale wtedy na nic nie natrafiono. Tym razem efekt był imponujący: znaleźli ponad tysiąc zabytków. Okazało się, że obok austriackiego Roseldorf i czeskich N'meic na Morawach to pod względem ważności trzecia osada celtycka z III i II wieku p.n.e. w Europie Centralnej.

Rudnicki: - Odkrycie było możliwe dzięki amatorom i ich wykrywaczom metalu.

Wielgus: - Nowa Cerekwia była przełomem. Niektórzy archeolodzy zapraszają nas teraz do współpracy.

Skarby oddać skazanemu!

Co województwo, to inny obyczaj. W konińskim muzeum poszukiwacze skarbów pokazali swoje kolekcje monet i biżuterii. Lech Stefanik, dyrektor muzeum, chwali poszukiwaczy: - Robimy dla nich szkolenia, dostają zezwolenia od konserwatora zabytków. Gdy opadły wody w zbiorniku retencyjnym Jeziorsko, pierwsi nas poinformowali. Znaleźliśmy tam ślady pochówków łużyckich. A w Zachodniopomorskim, gdy jeden z poszukiwaczy wykopał 50 fenigów i zaniósł je do wojewódzkiego konserwatora zbytków, dostał pismo z pouczeniem: "Moneta aluminiowa o nominale 50 fenigów nie jest zabytkiem archeologicznym. Jednocześnie informuję, że poszukiwania ukrytych zabytków wymagają pozwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków". - Gdzie tu konsekwencja? Moneta leżała pod ziemią, więc zgodnie z definicją jest zabytkiem! - śmieją się poszukiwacze.

Koło Głubczyc na Opolszczyźnie policja zatrzymała mężczyznę, który chodził po polu z wykrywaczem metali. Uznano go winnym poszukiwania przedmiotów zabytkowych bez zezwolenia i ukarano grzywną 300 zł. Sąd kazał jednak zwrócić oskarżonemu wszystkie znalezione przy nim przedmioty: monety, żółtą obrączkę, klamerki, łyżki i siekierki.

- Skazany, a wykopane rzeczy mógł zabrać? - dziwią się poszukiwacze skarbów. Do kilku wojewódzkich konserwatorów zabytków wysłali prośbę o wykaz miejsc, na które nie mogą wchodzić z wykrywaczami metali. Lubuski konserwator odmówił. No bo jaką ma gwarancję, że poszukiwacz, który znajdzie skarb, zamiast oddać znalezisko, nie sprzeda go na czarnym rynku?

We Włoszech wykrywacze zakazane

Jacek Pierzak, archeolog z biura wojewódzkiego konserwatora zabytków w Katowicach: - Pod Mokrą amatorzy znaleźli cmentarzysko z IV-V w. n.e. Groby wojowników pełne były mieczy, ostróg, włóczni. Skarby, owszem, zanieśli do muzeum w Częstochowie, ale chcieli je sprzedać! Tamtejszy konserwator skierował sprawę do prokuratury. Została umorzona ze względu na niską szkodliwość. Amatorzy tymczasem wrócili pod Mokrą i dalej kopali. Skończyło się w sądzie, amatorzy dostali wyroki w zawieszeniu, a przedmioty trafiły do muzeum - mówi Pierzak.

Archeolog wspomina, jak na początku swojej pracy zawodowej pojechał do Włoch. - Działały tam tombaroli - grupy, które nocami pustoszyły etruskie grobowce. Wydobywały złoto, ceramikę. Potrafiły przez niewielki otwór wpuścić mikrokamerę i sprawdzać, czy warto kopać. We Włoszech używanie wykrywaczy metali jest całkowicie zabronione. W innych europejskich krajach jest podobnie jak w Polsce. - Uważam, że amatorzy mogą pracować w terenie, ale tylko pod okiem profesjonalisty - ocenia Pierzak. Jako przykład amatora, z którym można współpracować, wskazuje Troncika. - Oddał unikatową kolczugę, którą wykopał, a przecież mógł ją sprzedać na czarnym rynku.

Rolnik z dwoma mieczami

Wykrywacz metalu można kupić w internecie już za 150 zł, ale Wielgus mówi, że to tandeta. Najlepsze kosztują 5-6 tys. zł. A magnetometry, które lokalizują przedmioty na dużych głębokościach - 50 tys. euro! Kilkadziesiąt tysięcy złotych kosztuje sprzęt przypominający aparat do USG. Prześwietla ziemię.

Czy na poszukiwaniach skarbów można zarobić?

- Słyszeliśmy o ludziach, którzy zbili fortuny, ale nikt się nie przyzna. Najłatwiej wycenić monety, cena od kilku do kilkuset złotych. Znamy rolnika, który oddał na złom dwa średniowieczne miecze. Nie wiedział, że są w Europie kolekcjonerzy, którzy nieźle by mu za nie zapłacili. Wszystko zależy od kupca. Ktoś za średniowieczny toporek da 100 zł, a inny dwa tysiące. Ostatnio ludzie w necie chcieli sprzedawać kule armatnie z czasów napoleońskich po 50 zł sztuka. Trochę im zeszło, ale jak się okazało, że na rynku ich pełno, to pies z kulawą nogą nie był zainteresowany - mówią poszukiwacze.

Skarby już się skończyły

- Prawdziwych skarbów już w Polsce nie ma - mówi Teresa Lipiec. Ostatni znaleziono w latach 80. w Środzie Śląskiej podczas remontu kamienicy: drogocenne monety i klejnoty.

- Chodzą słuchy, że jeszcze za PRL-u w służbach specjalnych działała grupa, która wszystko wykopała. Pod płaszczykiem badań nad zbrodniami nazistowskimi mieli dostęp do materiałów archiwalnych, map i na ich podstawie szukali skarbów, którzy zostawili uciekający z Polski Niemcy - mówi Lipiec.

Wielgus dodaje: - Skarbów nie ma, ale są białe kruki. Ci od militariów namiętnie szukają FG42 - karabinu maszynowego niemieckich spadochroniarzy. Rzadka seria. Wydarzeniem jest też wykopanie polskiego pistoletu oficerskiego Vis czy maszynowego Mors albo szabli ułańskiej. Miłośnicy monet szukają denara Chrobrego. Do tej pory znaleziono tylko kilka sztuk.

Poszukiwacze przepadają za tzw. baniakami. Niemieccy cywile przed wkroczeniem Armii Czerwonej pakowali do baniek na mleko porcelanę, pościel, ubrania, narzędzia, dokumenty, zegarki i biżuterię. - Ja odkopałem jedną, niestety tylko z silnikiem do motocykla - mówi Wielgus.

- Dla mnie skarbem jest pierwsza moneta, którą znalazłam, czy pierwszy grot. Dla muzealników takie przedmioty nie mają wartości ekspozycyjnej. Dlaczego u nas nie może być tak jak w Anglii? - zastanawia się Lipiec.

Wielkiej Brytanii każdy amator za cenne znalezisko otrzymuje zapłatę. Jeśli przedmiot nie ma większej wartości, sporządzana jest tylko notatka, gdzie został znaleziony.

Marcin Rudnicki przekonuje, że w Polsce są potrzebne podobne regulacje. - Szacuję, że u nas na skarby odzyskiwane od amatorów potrzeba by rocznie ze 2-3 mln zł. To dla państwa nie są duże wydatki. Niech ludzie kopią i szukają. Bo i tak będą. Jednak tylko motywacja finansowa skłoni ich do oddawania skarbów - uważa archeolog.

Urzędnicy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego tymczasem nie przewidują zmiany przepisów. Zapowiadają za to większe kontrole w terenie.

Źródło: Gazeta Wyborcza






toma

  • Gość
Odp: Z dzisiejszej Gazety Wyborczej
« Odpowiedź #1 dnia: 17.07.2011, 10:18:59 »
...U nas panuje Eurokomuna i wszystko w tym temacie ;)
Przepisy z paradoksami i chore prawo do naginania przez cwaniaków
Niezły POPIS :D
Niedługo wybory i załóżmy że jest 60 tys. poszukiwaczy skarbów, które mają rodziny i potrafiły by nakłonić po 10 osóbi mamy już ponad 500 tys.
Z takim elektoratem już można się bić o lepsze przepisy to tyle z mej strony ;)

Wojtek3362

  • Gość
Odp: Z dzisiejszej Gazety Wyborczej
« Odpowiedź #2 dnia: 17.07.2011, 11:14:08 »
Chyba wezmę 20 zardzewiałych metalowych rurek i powiem że jak się bawiłem piachem to wykopałem i zaniosę na policję, muszą to przyjąć  :-\

toma

  • Gość
Odp: Z dzisiejszej Gazety Wyborczej
« Odpowiedź #3 dnia: 17.07.2011, 12:28:37 »
Chyba wezmę 20 zardzewiałych metalowych rurek i powiem że jak się bawiłem piachem to wykopałem i zaniosę na policję, muszą to przyjąć  :-\
A nie lepiej wykopać teściową ;)
Pfe brzydko pisze taki żarcik :serce
teściowe są :ok
 :lol

Offline mackgywer

  • Zaawansowany użytkownik
  • ****
  • Wiadomości: 674
  • MINELAB EXPLORER
Odp: Z dzisiejszej Gazety Wyborczej
« Odpowiedź #4 dnia: 17.07.2011, 14:21:53 »
Nie mogę czytać takich rzeczy bo mnie krew zalewa. Jedna wielka paranoja. To Ja biedny żuczek czasami robię kilometry ażeby choć jedną monetkę wyciągnąć a te złodzieje co się już nielegalnie  kroci dorobili siedzą na wolności i jeszcze zacieszają z takich jak Ja. Jedna wielka banda. Polska to Chory kraj, tu rączka rączkę myje ,a zwykły zjadacz chleba zawsze będzie w  :cenzura  bity.
 >:( :glowamur
Prawdziwy mężczyzna nie pije miodu.
Prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły.